DSC_0332

Świnka morska, chicha i dona Pepa – czyli smaki Peru

Jak  to Ola gdzieś na fb pisała, wybrałam się niedawno w dłuższą podróż.  Podróżowanie i gotowanie to moje dwie największe w życiu pasje. I cudownie łączą się w, jak my to obie nazywamy, „szlak talerza”. W każdym nowym miejscu absolutnie odstawiamy diety na bok i próbujemy wszystkiego co dana ziemia ma najlepszego do zaoferowania (a czasem i najgorszego;)) Co prawda miałam nadzieję, że jadąc na trekking do Peru zrzucę zbędne kg przybrane na kulinarnych eksperymentach Słodkiej Babki – niestety nici z tej koncepcji, bo choć kuchnia Peru nie jest tak smaczna, jak kuchnia azjatycka, za którą ja wprost przepadam, ma kilka ciekawych potraw do zaoferowania i skrzętnie z tego korzystałam:). Pomyślałyśmy z Olą, że będziemy tu na łamach Słodkiej dzielić się z Wami również naszymi podróżniczymi przygodami, bo same czerpiemy z nich dużo inspiracji w naszych kuchniach. A więc po kolei:)

Pod koniec września razem z 5 innymi śmiałkami wyruszyłam na miesięczną wyprawę do Peru. Z ich relacji dowiedzielibyście się pewnie, że byliśmy w Limie, Puno, nad jeziorem Titicaca, w Arequipie, Cuzco, że odbyliśmy trekking po Andach zdobywając 2 pięknie położone przełęcze, jak i dotarliśmy do Choqueqirao oraz Vilcabamby – ostatniej stolicy Inków.  ano i zahaczyliśmy o Machu Picchu.takie tam łażenie;).(no troszku się tu pochwaliłam wiem, ale co zrobić, jest duma i jest radość:))

Ja natomiast zwiedzam przez pryzmat mego żołądka, stąd dziś chciałabym opowiedzieć o wszystkich zwykłych i niezwykłych smakach, o targach, o tysiącu odmianach pyry, o alkoholu przeżutym w ustach, o śwince morskiej i o liściach koki zakazanych w większości krajów na świecie. Kto ma chwilę – zapraszam:)

Targi – warzywa, owoce, liście koki

Zawsze gdy wyruszam gdzieś w podróż, trafiam na jakiś targ. Po prostu uwielbiam takie miejsca. Tam koncentruje się całe życie. Targ o poranku gdy wszystko się budzi, gdzie ludzie przychodzą codziennie na śniadanie jest czymś niesamowitym. Nasz sanepid by tu oszalał, mięso leży obok warzyw i owoców, a te obok serów. chłodni brak:) Można na śniadanie wypić sok ze świeżo wyciskanych owoców (i te nasze nawet nie umywają się niestety do ichniejszych), a można i zjeść rosół (co w zimny dzień jest też miłą opcją). Ja rozkochałam się w soku ananasowym z mlekiem. Ananasy w Peru są w całości miękkie, nie mają stwardniałego środka więc z całego owocu można wycisnąć sok. Rewelacja:)

Pierwszy zachwyt mija, a ciekawość kieruje mnie do moich ulubionych warzyw – ziemniaków. Jestem poznańską pyrą (fakt, że przysposobioną, ale wciąż pyrą), podróż do ojczyzny ziemniaka jest więc dla mnie olbrzymią radością. I nie zawiodłam się. Ziemniaków w Peru na potęgę! Nigdy nie widziałam w Polsce takiego ich wyboru! Warto wiedzieć, że na świecie istnieje ponad tysiąc odmian tego warzywa. Do Europy ziemniaki przywędrowały z Peru razem z Hiszpanami po tym jak podbili oni Inków, a na terenie dzisiejszego Peru ziemniaki hodowane są od ponad 7 tysięcy lat!

Kolejnym ważnym składnikiem żywienia, przynajmniej dla Polaków jest pieczywo.  W tym wypadku Peru wypada moim zdaniem co najmniej słabo. Ale to chyba zawsze jest dla nas problem… mogłam co najwyżej liczyć na pitę… (Poniżej zdjęcie pit sprzedawanych bezpośrednio na ulicach Puno – miasta położonego nad jeziorem Titicaca. )

Na targu bardzo ważnym zakupem była dla nas koka. Liście krasnodrzewu pospolitego, nam pewnie niestety kojarzą się głównie  z surowcem służącym do wytwarzania kokainy. W Peru to roślina o właściwościach przede wszystkim wspomagających organizm przy długotrwałym wysiłku podczas chodzenia po górach i pomagająca zniwelować zmęczenie i soroche – chorobę wysokościową spowodowaną niedotlenieniem pojawiającym się u nieprzystosowanych do wysokości turystów:) Można ją rzuć lub pić z niej herbatę. W sklepach można też kupić herbatę ekspresową z liści koki – mate de coca. Próbowałam wszystkich wersji, trochę mate de coca przywiozłam nawet do domu:) (bo tylko ona w PL jest legalna, liście koki już nie)  ale najbardziej przypadła mi opcja picia herbaty ze świeżych liści.(Na zdjęciu moja pierwsza koka, przygotowana przez Jurija – naszego kucharza i przewodnika na trasie, tu w jego domu/hostelu w Cuzco). Rzucie jakoś tak nie jest dla mnie, choć prawdziwych ludzie gór, podobno po tym można poznać – po kulce przeżutych liści przyklejonych do wewnętrznej części polika.  Ciekawostką jest to, że w pierwotnym składzie coca cola występowała kokaina. Od początku 20 wieku, do coca cola dodaje się już tylko wyciąg z koki pozbawiony kokainy.Niemniej The Coca-Cola Company wciąż co roku sprowadza spore ilości liści koki.

Ostatnią moją zdobyczą targową niech będzie ta oto kukurydza – maiz morado (kukurydza purpurowa). Wyrabia się z niej słodkawy napój chicha morada, nalewaną bezpośrednio do plastikowych kubków na ulic, ale dostępna jest również podobno w puszkach. Mnie osobiście nie przypadła bardzo do gustu. Chicha to również nazwa napoju alkoholowego, ale o nim za chwilę.

Typowe dania kuchni peruwiańskiej

Kuchnia peruwiańska mnie nie powaliła na kolana – to przyznam szczerze, niemniej znalazło się w trakcie podróży kilka naprawdę świetnych dań ku mojej ogromniej radości. W Peru generalnie spożywa się w dużej ilości rodzime ziemniaki i kukurydzę opisane wcześniej, ale zadomowił się również sprowadzany ryż, czy zwierzęta hodowlane jak kury i krowy, które Inkom nie były znane. W tej chwili kurczak to główne spożywane tam mięso. Restauracji z kurczakiem z rożna jest mnóstwo, praktycznie na każdym rogu można znaleźć knajpę z takim jedzeniem (można tam najczęściej wypić również piwo i obejrzeć mecz, z czego nasi Panowie skwapliwie korzystali).

 Bardzo popularne są ryby. Najbardziej znana jest potrawa z surowej ryby zamarynowanej  sokiem z limonki czyli ceviche – ja przyznam szczerze nie próbowałam tego dania, ani nie było specjalnej okazji, ani chyba specjalnej chęci z mojej strony (wynika to pewnie z ogólnej niechęci do surowych ryb). Za to chętnie na trasie próbowałam pstrągów. Świeżo złowiony pstrąg był doskonałą odmianą po wszechobecnym kurczaku:). Tu pstrąg konsumowany na wyspie Taquile na jeziorze Titicaca.

Przeszłam do obiadowych dań, zapominając o śniadaniu :D  Lomo saltado, choć dla mnie jest daniem które spokojnie mogłoby stanowić obiad, często pojawiało się w menu śniadaniowym.  Jest to efekt swoistej krzyżówki kuchni chinskiej z peruwiańska. Paski wołowiny w sosie sojowym. Co ciekawe danie to podawane jest z ryżem i frytkami jednocześnie. To w ogóle bardzo częste w Peru.

 

Te dania powyżej są dosyć typowe, ale zdarzały się naprawdę dobre ich realizacje, więc w swej prostocie spełniały swoje zadanie – wypełniały żołądki głodnych podróżników. Ale to na danie poniżej czekałam, to po to żeby zjeść kawałek tego mięsa, szłam tydzień przez Andy aż do ściany dżungli. Reszta ekipy odkrywała ruiny ostatniego miasta Inków – Vilcabamby, ja odkrywałam nowy nieznany dla siebie smak. Zdjęcia mogą szokować, ta część jest przeznaczona tylko dla czytelników o mocnych nerwach – oto ona świnka morska :)

 

Tak tak, Karolina zasłania oczy, żeby nie widzieć co robię:) a świnka była po prostu pyszna:) Trochę mało mięsa vs kości, ale taka jej natura podobno. Świnka morska jest hodowana w Andach i tam też można ją spożyć. Nie zawsze się to udaje, gdyż obok kurczaka jest podstawą żywienia miejscowych, którzy nie zawsze chcą swoje pożywienie sprzedać. Pieniądz, pieniądzem a coś jeść trzeba. W rejonach trudniej dostępnych, gdzie obieg towarów jest słabszy, ważne żeby mieć zapewniony plan żywieniowy na cały rok .  Oczywiście można taką świnkę nabyć też pewnie w restauracjach w dużych miastach, jednakże radość i satysfakcja jaką odczuwa się jedząc kolację przyrządzoną przez bezzębną indiankę,  kilometr od ruin miasta zamieszkiwanego ongiś przez Inków, po kilkudniowej podróży, ze wspaniałymi współtowarzyszami jest nieporównywalna do niczego innego na świecie:) (Moi współtowarzysze w większości zadowolili się atmosferą i satysfakcją, bo świnka jakoś nie chciała przejść im przez gardło:)).

Drinki i napoje

W trakcie podróży w górach pić za bardzo się nie powinno… ale piwko po wysiłku zawsze się nada:) Piwoszem nie jestem, a tam mi jakoś smakowało.  Peru z piwa nie słynie, ale lokalne marki nie mają się czego wstydzić. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że do obiadu zamawiając piwo nie raz nie dwa okazywało się, że dostajemy je w rozmiarze xxl – w 1,1 litrowej butelce.

Udało mi się na miejscu spróbować dwóch miejscowych specjałów. Chichy i pisco sour. Pisco sour to drink na bazie alkoholu gronowego pisco (winiak), soku z limonki i białka kurzego! Ten ostatni składnik powoduje że nie wszyscy w Polsce chcą go próbować, choć usilnie namawiam:) Jak tylko dopracuje proporcje do perfekcji to opublikuje przepis na słodkiej:) muszę się spieszyć bo z przywiezionych zapasów pisco, niewiele już zostało;) a pisco sour jest naprawdę rewelacyjne – słodko kwaśne i orzeźwiające w przyjemny sposób. (zdjęcie pochodzi stąd mi sie jeszcze nie udało zrobić sesji temu drinkowi, za szybko znika:))

Kolejnym dziwnym trunkiem jest chicha. Lecz nie taka jak opisywałam wcześniej. Chicha w swym pierwotnym znaczneiu oznacza napój alkoholowy (stosunkowo mało procentowy) wytwarzany ze specjalnego gatunku kukurydzy w dość specyficzny sposób. A mianowicie część produkcji tego alkoholu odbywa się w ustach. Ziarna kukurydzy są przeżuwane aż do wytworzenia masy, która potem zalewana jest ciepłą wodą i wtedy  fermentuje. Tak wytwarzany napój ma lekko kwaśny smak i od 1 do 3 % zawartości alkoholu. Nie mogłam sobie odmówić tego wyzwania kulinarnego i wypiłam (prawie do dna) szklaneczkę tego specyfiku. Ale jeśli ktoś się zastanawia, to tu odpowiadam – nie będę wytwarzać tego napitku w domu:)

Warta wspomnienia jest jeszcze peruwiańska cola – czyli Inca Kola. Z coca colą ma wspólnego tyle, że koncern postanowił na pewnym etapie popularności tego napoju nabyć udziały w firmie ją produkującą:).  Inka Kola jest najpopularniejszym napojem gazowanym w Peru. Dokładny skład okryty jest tajemnicą – ale smakuje tak jak wygląda słonecznie i sztucznie:)

 

Słodycze

I na koniec jeszcze trochę o słodyczach. To chyba najsłabsza kategoria. Słodycze peruwiańskie nie zachwycały. Najlepsze ciasto jakie jadłam to ciasto pomarańczowe, niemniej zostało one podane  we francuskiej restauracji na którą skusiliśmy się po dotarciu do aquas calientes (wioski u podnóży Machu Picchu)., znudzeni już trochę ryżem, makaronem i jajkami, które na koniec wędrówki stanowiły podstawę naszego żywienia… Zdjęć ciasta brak, ponieważ dosłownie je pochłonęłam. Było to najlepsze ciasto pomarańczowe jakie do tej pory jadłam i wspomnienie tego smaku przechowuję w specjalnie do tego wyznaczonej przestrzeni w moim małym czarnym serduszku.

Duży minus za brak bądź bardzo słabą namiastkę czekolady.

To co mnie zaciekawiło to ciasteczka o nazwie dona pepa. Ciastka te stanowiły namiastkę batonika energetycznego w trakcie wędrówki, niemniej ich popularność nasunęła mi podejrzenie, że za nazwą dona pepa kryje się coś więcej. I rzeczywiście intuicja mnie nie myliła. Dona Pepa to postać legendarna (a może i historyczna). Dona Pepa (zdrobniałe określenie kobiety o imieniu i nazwisku Josefe Marmanillo) prosiła Chrystusa o cud uzdrowienia i w podzięce podarowała mu turron. Ponieważ cud się podobno wydarzył, dona pepa co rok obdarowywała Chrystusa z Pacha camilla swoim wypiekiem. Turron ten jest trzy warstwowy, przekładany miodem ( z tego powodu kawałki ciasta pięknie się ciągną:)) i posypany rodzajem lentylek. Szukam przepisu – jak się uda wrzucę na słodką:)

 

I tyle to moich kulinarnych wspomnień z podróży. Czas wracać do rzeczywistości i czekać na kolejny rok i kolejne wrażenia:). a w międzyczasie piec i gotować te wszystkie smaki, których kosztowanie przypadło mi szczęśliwie w udziale:)

(dla miłośników podróży polecam relację  wyprawy opisaną przez prowodyra wycieczki Tomka z Klubu Darien – Darien.pl – jest tam też spory dział kulinaria i naprawdę jest czego pozazdrościć. Mam nadzieję kiedyś również móc spróbować jaj żółwia, kajmana czy piranii…:))
  • Tomek

     Świetny opis, pozdrawiam serdecznie,

    • http://slodkababka.pl/ Maria – Słodka Babka

      Dzięki wielkie, odpozdrawiam:)

  • hania-kasia

    Niesamowita jest ta purpurowa kukurydza. Szkoda, że w Polsce takiej nie ma.

    • http://slodkababka.pl/ Maria – Słodka Babka

      ja też żałuję, że nie ma u nas takiego bogactwa warzyw i owoców:(

  • Asia

    bardzo ladny blog, na pewno bede tu zagladac, pozdrawiam serdecznie!

    • http://slodkababka.pl/ Maria – Słodka Babka

      Zapraszamy:)

Przeczytaj poprzedni wpis:
Pancakes dyniowo - karmelowe
Zakręcone pancakes dyniowo – karmelowe

 Pyszna śniadaniowa propozycja, do której mam nadzieję nie będzie trzeba Was długo przekonywać. Jeśli lubicie wszelkiego rodzaju placki, naleśniki i...

Zamknij